Jodhpur - dzien trzeci
6:00
Nie spie juz od jakiegos czasu. Moze dlatego, ze za oknem slychac kolejne allahakbary i ujadanie psow, moze dlatego, ze z okna wali sikami, a moze po prostu dlatego, ze sie wyspalem. Wcinam wiec, troche z nudow, troche z glodu, polish breakfest (czyli kolejna puszka gulaszu angielskiego, na szczescie juz ostatnia, i resztki chleba), pakuje niezbednik i jade na dworzec z zamiarem wybrania sie do jakiejs losowej wioski w poblizu. Jeszcze szybkie zbicie ceny rikszarza z 30 do 20 rupii i jestem na peronie. Generalnie mial byc w plane Jaisalmer, ale jak sie dowiedzialem, ze w jedna strone jedzie sie 6h to sobie dalem spokoj.
10:00
Lemon lassi u Yogi’ego. Chyba zaczne zamiawiac litrowe porcje, bo to to jest fantastyczne
Restauracja na dachu prowadzona jest przez grupke malych smiesznych chinczykow nie kumajacych w ogole po angielsku. Do tego kwoty typu 20+30+40 licza na kalkulatorze (i dwukrotnie sprawdzaja), ale co ciekawe do obliczenia reszty juz go nie potrzebuja.
Bede musial spytac Yogi’ego o polaczenia do pobliskiego Ossian, bo na dworcu ciezko sie bylo dogadac. Miasteczko moze nie takie zupelnie dzikie, troche jednak turystyczne, ze slynnymi pustynnymi wydmami, ale mysle, ze i tak bedzie tam mniej foreignersow niz w Jodhpurze.
13:00
Bana lassi u pana Prakasha (co znaczy “wschod slonca” podobno, ale pan Prakash to taki troche erotoman gawedziarz, wiec roznie z tym moze byc). To ten sam koles, z ktorym wczesniej wieczorem zawedrowalem pod budke z jasi (tak to sie nazywa?). A lassi to tak wlasciwie cos w stylu naszego koktajlu mlecznego owocowego, wiec w sumie nie wiem czemu ja sie tak tym podniecam.
Nie, to nie nazywa sie jasi, tylko takze lassi, tylko troche inaczej przyrzadzone. Tez takie mleczne papu, ale podane z czyms co wyglada na mielone mieso, ale miesem nie jest. Pan Prakash az sie potarl po uszach, jak uslyszal ode mnie pytanie czy to bylo mieso. “No, it wasn’t!” i potarl sie znowu. To chyba taki tutejszy tik nerwowy, inni ludzie tez tak czynia, ale nie wiem czy przez to czuja sie lepsi czy co.
Tak wiec chyba wiekszosc rodzajow lassi wyprobowalem, lacznie z lassi z miodem (jak tego sprobowalem, to juz wiem, czemu tak sie tym podniecam
). Zostala mi jeszcze do sprobowania wersja z szafranem, ale to potem.
Popludnie
Klasycznie juz, seria kamykow od dzieciakow, spotkanie z panem od branzoletki i kolejna godzinna gadka szmatka.
Potem kolejne lassi (wlasnie to z miodem, i chyba z jajkami, bo zalatywalo koglem moglem), fotka dziewcznyny ze sklepu z przyprawami (a to po to, ze robiac jej zdjecie ona bedzie musiala pocalowac swojego wybranca, kolesia z restauracji gdzie pilem lassi z miodem, i w ogole potem beda sobie zyli dlugo i szczesliwie). A przy okazji w sklepie spotkalem Agnieszke z Polski, wiec atmosfera byla generalnie luzna, chociaz oczywiscie zadnych przypraw nie kupilem, bo nie po to tam poszedlem.
Kiedy wrocilem do wspomnianego wybranca, ten z wdzieczosci zaprosil mnie na jutro wieczor na imprezke
Chyba nie wypada nie pojsc
No a teraz po tej calej przechadzce sie mam chwile spokoju, ktora wykorzystam na wypicie lassi u Yogi’ego a potem na krotki i niezobowiazujacy spacerek do fortu z dwoma Holenderkami.
19:00
Lassi wroc
Tym razem z szafranem.
Jako starsza siostra napiszę tylko, ze
1. piękne zdjęcia (jak zwykle)
2. Dbaj tam o siebie i nie zapomnij czasem coś zjeść
Pozdro
Comment by siostra — February 18, 2007 @ 21:15
My też czytamy i podziwiamy. I czekamy na następne.
Comment by mamaitata — February 18, 2007 @ 22:10