Jodhpur - wieczor pierwszy
Wieczor
Bynajmniej “skasowaniem” wpisu moj dzien sie nie zakonczyl. Gdy juz zmierzchac poczelo, znowu zaczalem sobie lazic, slyszac nieustajace “Hello, what is your country?” albo “What is your name”, albo ewakuujac sie przed lecacymi w moja strone kamykami, “bo nie chcial zrobic zdjecia”. No ale nie bylo sensu robic zdjecia, bo by dzieciaki szumialy, Nikos na ISO 800 juz nie domaga…
A pytanie o naam (imie) to samemu mi sie po jakims czasie udzielilo i po powitalnym “Hello” to ja od razu przechodzilem do kontrofensywy.
W miedzyczasie zaliczylem wizyty w kilku swiatyniach konczac w tej, ktora byla najblizej mojego hotelu, a ktorej wczesniej nie zauwazylem. I teraz tez jej nie zauwazylem, tylko tubylcy jacyc mnie naprowadzili no dobra droge. Tam byla najwieksza imprezka ze wszystkich, ktore widzialem. Ze sloniem, grajkami, zdejmowaniem butow przed wejsciem itp.
A potem sjesta na murku przy hotelu i gapienie sie (z wzajemnoscia) na przechodzacych i przejezdzajacych ludkow. Poczatkowo samemu, potem z jakimis mlodziencami, a potem z bossem jakiegos innego hotelu, ktory mnie zaprowadzil pod budke z jassi (chyba tak to sie nazywa?). Bardzo dobre, nawet mimo to, ze nie bylo w ogole pikantne
Po roznych historiach, jakie ludzie opowiadali na temat jedzenia poza wysterylizowanymi restauracjami (nie wiem czy pisalem, ale w Delhi znizylem sie do poziomu macdonalda), oczekiwalem na jakies sensacje zoladkowe. Niestety bezskutecznie. Podobnie jak nie doczekalem sie niczego po zjedzeniu niewiadomego pochodzenia owocow u tej rodzinki ze zdjec, zjedzeniu u nich obiadu i popiciu woda (nie wiem czy z butelki, a jesli tak to nie wiem czy z fabrycznie zamknietej). Ale jeszcze wszystko przede mna, ameba chyba sie rozwija jakis czas?
Po powrociu do hotelu i szybkim przegladzie zdjec, szybko zasnalem, kolysany dzwiekami klaksonow, dzwonow ze swiatyn, spiewow ulicznych…