Gadjo Delhi

February 17, 2007

Jodhpur - dzien drugi

Kategoria: Indie, Zarejestrowane, Ja cyknąłem... — Jacek Karczmarczyk @ 16:56

Popoludnie

Do Yogi Guest House dotarlem okolo dwunastej. Biorac pod uwage to, ze w poprzednim hotelu dojadalem jeszcze resztki chleba z Polski i puche gulaszu angielskiego, przemylem wszystko co tego wymagalo, pakowalem sie itp, oraz to, ze bladzenie do Yogiego zajelo mi conajmniej z pol godziny (mimo, ze juz trzeci byla to juz moja trzecia wizyta w tym miejscu), to przypuszczam, ze standardowe 10-11h snu zaliczylem.

Zostawilem plecak, zabralem tylko niezbedne rzeczy, czyli aparat, kase i dokumenty i ruszylem ulicaczkami z zamiarem dotarcia do fortu.

DSC_6805.JPG

DSC_6621.JPG

I to byl chyba moj ostatni zabytek w tej podrozy. Moze przesadzam, fort jest niezly, chociaz dosyc trudny fotograficznie, graja muzycy (mi tez sie udalo zagrac na jakims dziwnym instrumencie), sprzedaja lassi i chyba kokosy, albo jakies inne owoce z sokiem w srodku.

DSC_6826.JPG

DSC_6846.JPG

DSC_6852.JPG

DSC_6866.JPG

Ale to nie to samo co przechadzka po tetniacym zyciem miescie, po jego zatloczonych, zasyfionych i pachnacych spalinami, kadzidelkami i przyprawami ulicach…

DSC_6886.JPG

DSC_6912.JPG

DSC_6877.JPG

DSC_6923.JPG

19:00
Zupa ze slodkiej kukurydzy, dal fry i cytrynowe lassi - to wszystko co mi bylo potrzebne do szczescia. Place, w przeliczeniu na nasze, 6,5 PLN. Drogo. Zwazywszy na to, ze po zejsciu z fortu kupilem branzoletke za 7 PLN to nocleg za 3,50 wydaje sie jedynym sensownym rozwiazaniem, melduje sie wiec w tzw. dormitorium, czyli wieloosobowej salce z materacami na podlodze.

W ramach kontroofensywy nauczylem sie jak jest w hindi “Jak masz na imie”. Dzieciaki jak uslysza to dostana zawalu serca i nie beda juz chcialy kasy ani dlugopisow. Albo beda chcialy. Nigdy nic nie wiadomo.

A moim guru w tej arcywaznej, jezykowej kwestii byl czlowiek od branzoletek i kulek do masazu. Rozmowny gosc, bardzo otwarty, spisywal sobie w notesiku rozne teksty w roznych jezykach, francuskim, japonskim, chinskim, hiszpanskim itp. Ja bylem pierwszym Polakiem, ktorego spotkal, wiec troche sobie pogadalismy przy herbatce.

A potem po obowiazkowym zapuszczeniu sie w boczne uliczki bocznych uliczek, kolejny delikwent oprowadzil mnie po swoim przyszlym guest housie (otwiera w pierwszej polowie marca, w przededniu jakiegos swieta, nie pamietam teraz nazwy). Bedzie mial obowiazkowa restauracje na dachu, z nawet niezlym widokiem o porannej porze, kiedy slonce z niska swieci na fort, niebieskie domy pod fortem i kiedy to wszystko odbija sie w bajorku. Przynajmniej taka mam nadzieje, moze tam jeszcze kiedys zajrze.

A na koniec jeszcze pare lasek z wczorajszej rodzinki:

DSC_6698.JPG

Jai Mata Di, to ta od napisu na dloni :)

DSC_6737.JPG

3 Comments »

  1. melduję się w gronie zaczytanych i zapatrzonych w fantastyczne fotki:) ach, ależ Ci zazdroszczę…

    Comment by kronopio — February 18, 2007 @ 13:46

  2. Jacoo, ta rodzinka specjalnie przywdziała stroje do zdjęcia, co? Nie uwierzę, że na codzień chodzą w cekinach… Swoją drogą - nie przysłałbyś mi takiego wdzianka? :)

    Comment by Atroja — February 18, 2007 @ 14:28

  3. No tak wlasnie chodza, generalnie tu jest kolorowo pod kazdym wzgledem, pewnie nawet na cz-b filmie kolory by przebijaly ;)

    Comment by Jacek Karczmarczyk — February 18, 2007 @ 14:36

RSS feed for comments on this post. TrackBack URI

Leave a comment

Komentowanie zablokowane

Powered by WordPress