Gadjo Delhi

February 17, 2007

Delhi - dobra wiadomosc ;)

Kategoria: Indie, Zarejestrowane, Ja cyknąłem... — Jacek Karczmarczyk @ 15:59

Ale ja normalnie glupi jestem, no odnalazl sie post, w draftach byl ;)

Juz na poczatku wykazalem sie sprytem i umiejetnosciami negocjacyjnymi. Slysze, ze za 20INR moge sie dostac z lotniska do centrum to wsiadam. Pozniej jednak slysze 200. To wysiadam kilometr za lotniskiem i wracam do punktu wyjscia.

Mala dygresja off-topic, za tysiaka peelenow dostalem 14.400NIR, wiec troche lepiej niz w UK.

No wiec nastepny klient podchodzi. 250. Ja mowie 200. Jedziemy, ale nie na dworzec, bo “jest czynny” od 10ej, tylko do biura podrozy. Zaczyna sie proba rezerwacji biletu, najtaniej wychodzi za 600. I zaczyna mi cos nie pasowac, bo z tego co pamietam i co wyczytuje w “Trains at glance” powinno byc 3 razy taniej. Wypijam herbatke, ktora mnie poczestowali, pwenie z nadzieja, ze dam sie wrobic w bilecik i im sie zwroci, i wychodze. A tam czeka na mnie znajomy taksowkarz i proponuje dalsza jazde juz na dworzec New Delhi. Chcial jeszcze kilka rupii, al nie mialem drobnych, musialbym rozmieniac, w koncu dal mi spokoj.

Na przejsciu na perony (oraz jak sie pozniej okazalo do glownego budynku dworca), jakis kolo prosi mnie o bilet. Oczywiscie nie mam, oczywiscie on wie, gdzie kupic, i co gorsza miejsce, o ktorym mowi, jest jedynym miejscem, gdzie foreigner moze cos zalatwic. Kiedys bylo na dworcu, ale terez budynek sie zawalil (tutaj wskazuje reka w kierunku budynku, ktory jak dla mnie byl w stanie przeciwnym, czyli budowania sie). No to moze ja sie zastanowie i zaczynam lazic po okolicy (dosyc ciekawej, lub jak kto woli, dosyc nieciekawej). Nagabywany tak co chwila przez tego samego hoscia lub jemu opdobnych wytrzymalem chyba dobra godzine, po czym jakim wejsciem, ktorego wczesniej nie wyprobowywalem dostalem sie na pierwszy peron. Przysiadlem w zadumie na jednym koncu, potem polazlem na drugi i eureka! “May I help yuo?” - krzyczy napis na budce, a zaraz to samo slysze z ust jednego z panow mundurowych stojacych przy niej. Okazuje sie, ze wszystko jest na dworcu, tylko trzeba przejsc na druga strone i potem costam costam. Costam costam bylo kluczowe, niestety nie uslyszalem dokladnie i zamiast isc prosto do wlasciwego miejsca, zaczalem sie rozgladac z pewna taka niesmialoscia. Na szczescie z pomoca przyszedl kolejny delikwent, ktory szybko wskazal mi miejsca, w ktorym moge zarezerwowac bilet. Ale jak zobaczyl, ze mi sie troche nie spodobalo, to zaproponowal inne, chbya to, do ktorego trafilem na poczatku. I znowu dlugo lazilem nekany dylematami, kiedy zobaczylem swojaka, czyli bialasa z plecakiem, ktory byc moze byl juz zorientowany w temacie. Zgubilem go gdzies w tlumie, ale zaraz znalazlem kolejnego, ktory powiedzial gdzie jest Foregin Tourist Biuro i w koncu trafilem tam gdzie powinienem. Oczywiscie po drodze ciagle bylem nekany, przez poprzednich kolesi, ktorzy nie mogli sie nadziwic, czemu im nie wierze.

Kupiwszy upragniony bilet za troche wiecej niz myslalem, ale nie tak tragicznie, wyruszylem z calym ekwipunkiem na plecach i aparatem w reku na zwiedzanie przydworcowej uliczki. Wycieczka obfitujaca w bezstresowe zapuszczanie w boczne drozki, robienie zdjec dzieciakom i krowom oraz uciekanie przed tymi, ktorym nie chcialem robic zdjec (dzieciakami, nie krowami), zakonczyla sie ostatecznie po kilku godzinach w centrum Connaught Place. Po drodze spotkalem moich nowych przyjaciol, ktorzy bezinteresownie prowadzili mnie do roznych biur podrozy, restauracji, czy sklepow ze szmatkami z kaszmiru.

Ale nie powiem, bylo kilku, ktorzy zachowali sie w miare porzadnie i mnie podwiezli tam gdzie tego potrzebowalem. No, wlasciwie to tylko jeden, ten z ktorym pojechalem do kafejki netowej. Aha, jeszcze dodatkowo skorzystalem z rady jednego z tych pozostalych, ktory powiedzial, ze do dworca Old Delhi, z ktorego odjezdza moj pociag, moge dojechac metrem. A metro sie okazalo calkiem fajne, sprawdzaja wszystkie bagaze, na szczescie moje plecaka nie chcialo im sie przetrzepywac.

Generalnie jednak nie jest wazne co sie dzialo, ale klimat miejsc, a zwlaszcza tych w stylu warsiawskiej pragi czy murzynskich slumsow w stanach (takimi, jakie znam z filmow, czyli pewnie troche przereklamowanymi), tylko ze dodatkowo ze srajacymi krowami i golibrodami golacymi brody w okolicach tych krow. I caly ten rytual jezdzenia po ulicach, czyli jeden ogromny zgielk, klaksony, zasada kto silniejszy ten lepszy… Albo widok tlumu targarzy z targu Chandni Chowk probujacych sie wcisnac do pelnego juz jadacego pociagu.

DSC_6557.JPG

DSC_6543.JPG

Wtedy sobie pomyslalem, czy mnie tez to czeka, i tak na prawde po raz pierwszy sie przerazilem. Bo wczesniej lazac to po tym przesympatycznych slumsach, ogolnie strachu nie czulem, liczac na szczescie glupiego. I nie przeliczylem sie.

A na koniec wsiadlem (bez potrzeby wskakiwania w biegu) do pociagu do Jodhpuru, gdzie jechali ze mna Davy i Karen. A kiedy wysiedli po paru godzinach jazdy, zostalem jedynie z co chwila zmieniajacymi sie hindusami. Korzystajac jeszcze z obecnosci D&K pozwolilem sobie na polgodzinna drzemke. To juz mam w takim razie 3,5h w ciagu trzech nocy. Nie jest zle.

Tamtejszego jedzenia jeszcze nie probowalem. Jedynie strzelilem dwie kawki na dworcu Old Delhi (oczywiscie nie pomogly zbytnio na sennosc) i wczesniej mac donalda.

No Comments »

No comments yet.

RSS feed for comments on this post. TrackBack URI

Leave a comment

Komentowanie zablokowane

Powered by WordPress