12:30
Po klasycznym juz sniadanku na trawie zabralem sie z bratem Mano, Davidem, oraz jego zona Rani (zawsze usmiechnieta i zawsze pokazujaca swoje wystajace zeby) do Body. Nie mam tej miejscowosci na swojej mapie, wiec nie bardzo wiem gdzie to jest ani czy dobrze pisze. Najpierw pareset metrow w dol do Central Station, zygzakowata trasa zboczem gory z ladnym widoczkiem na doline i pozostale dwutysieczniki. Tam w jednej z max. 15 chalup znajdowal sie barek, gdzie uraczylismy sie rozrabianym soczkiem z dodana wycisnieta polowka cytryny, a potem zabralem Davidowi moj plecak, ktory do tego momentu niosl mimo mojego sprzeciwu.
Kolejne kilkaset metrow dalej (w sensie nizej) znajdowala sie wioska Kurangani troche tylko wieksza od dwoch poprzednich. Autobus do Body mial nadjechac dopiero za godzine, wiec David zdjal moj plecak, kory mi zabral w polowie drogi miedzy Central Station a Kurangani mimo mojego sprzeciwu, zamowilismy sobie herbatke, po czym przeszedlem sie 20m w prawo pyknac pare zdjec dzieciakom z pobliskiej szkolki a potem 50m w prawo (na drugi koniec wioski) pyknac widok ogolny. Lazac tak tam i nazad przypomnialem sobie, ze jestem na poludniu Indii. 1600m ponizej Top Station slonce dalo o sobie znac.

17:00
Tym razem autobus jechal wyjakowo spokojnie, nawet jak na nasze eurpejskie warunki. Po drodze, kawalek przed Body, mielismy kontrole w Forest Check Post, co skonczylo sie tym, ze jeden z pasazerow zostal przylapany na probie wywiezienia z lasu kilkunastu 30 centymetrowych drewnianych pienkow. Wywinal sie z tego za pomoca oplaty w wysokosci jednej monety, czyli max 5 rupii, ale nie wiem czy w charakterze lapowki czy po prostu tyle sie placi. Mundurowy skonfiskowal tez jedna taka belke, rowniez nie wiem w jakim celu.
W Body David zaprowadzil mnie do pobliskiego hoteliku, gdzie wzialem dwuosobowy pokoj (innych nie bylo) za nistety 10 zlotych. Rozlozylem manatki i poszlismy cos przekasic. Cos czyli rys w miseczce, ktory sie zsypywalo pocjami na spory lisc z bananowca (plastikowy, moze kiedys zjem z prawdziwego) a obok ryzu pan kelner ciepnal 3 rozne warzywne ciapki. Gdy ktoras sie skonczyla dodawal nastepna porcje. Ryz, ktory sobie podzililem na 3 rzuty, rowniez polewal jakimis sosami, ale za kazdym razem bylo to co innego. Jedzenia bylo tyle, ze malo kto wyszedlby stamtad glodny. A za wszystko zaplacilem 3,50. Za trzy osoby… Gdybym spal gdzies w namiocie i zywil sie 2 razy dziennie takim obiadkiem, bylbym kolejna z jakichs 400 milionow osob w indiach zyjacych na poziomie ponizej 1$ dzienne
Po obiadku poszlismy razem do domu brata Davida. Po schodkach wchodzilo sie na sporawy tarasik, z ktorego byly wejscia do kuchni, lazienki i pokoju (w ktorym poza jedna niewielka szafa nie zauwazylem innych mebli). Calosc miala jakies 50 metrow i z tego co zrozumialem za 3500PLN zwrotnej kaucji mozna sobie cos podobnego wynajac.
Po krotkiej wizycie poszlismy do zakladu foto, zgrac zdjecia na CD i zrobic znajduje sie 160km stad, w miescie Theni.
Przeszedlem sie wiec (juz sam) po miescie. Aparat mialem schowany, bo akurat dzieciaki konczyly szkole i gdyby cala taka gromadka sie na mnie rzucila to moglbym tego nie przezyc.



00:43
Wrocilem z kina. O chyba dobre zakonczenie tego dlugiego wieczoru, podczas ktorego poza posiadowa u brata Davida zaliczylem wizyte w jakims urzedzie (pokoiku na pietrze ze stolem i malym biurkiem, przy ktorym urzednik przez pol godziny przegladal i podpisywal rozlozone na dykcie papiery calej rodziny po to, zeby jedno z nich moglo sobie kupic komorke, niestety chyba to nie wystarczylo, bo pozniejsza proba zakupu sie nie powiodla), picie wymieszanej brandy z piwem i zagryzanej smazonymi ziemniakami w jakiejs podrzednej spelunie, i szwedanie sie w 5 osob riksza po roznych zakatkach miasta…
I przepyszny gesty sok z roznych owocow z duzymi kawalkami w srodku. Jutro od niego zaczne nowy dzien.